BANIALUKI

by
Ania & Luki

O powitaniu z Chorwacją, przydrożnych monstrach i minimalizmie w podróży

2
Podziel się

Trasa: Letenye (Węgry) – Prelog (Chorwacja) – Ljubešćica (ok. 60 km)

Auć! Dzień rozpoczęłam porządnym uderzeniem w głowę i nie do końca ogarniałam to, co się dzieje. No tak, przecież spaliśmy w ultra kompaktowym domku kempingowym w Letenye. Domek miał powierzchnię może 4 metrów kwadratowych, na której jakimś cudem mieściły się 4 mikroskopijne łóżka piętrowe, blat przy oknie i dwa taborety. Tylko hobbit nie stuknąłby się w łóżko na górze próbując rano zwlec się z pościeli. Ale nie narzekaliśmy. Tym bardziej, że zajechaliśmy na kemping późnym wieczorem, a mimo to udało się nam dorwać wolny „bungalow”, jak to określiła pani z recepcji. W dodatku kosztował kilka tysięcy forintów mniej niż rozbicie u nich namiotu. Braliśmy bez gadania.Bungalow na kempingu w Letenye, Węgry

Letenye to miejscowość na granicy z Chorwacją. Co za szczęście! Nie mogłam już się doczekać wyjazdu z Węgier. Po pierwsze Balaton zrył mi psychę swoimi surowymi kurczakami i klimatem Ciechocinka i Międzyzdrojów w jednym, po drugie czekałam już na coś nowego. Inne krajobrazy, jedzenie, ludzie, waluta, to wszystko sprawiło, że przekraczanie granicy było fajnym doświadczeniem. Węgry chyba tak nie uważały, bo od samego rana lało jak z cebra. Za to Chorwacja przywitała nas słońcem i przyjemną pogodą, idealną do jazdy.

Naszym planem było dotarcie do wsi Ljubešćica, w której udało się znaleźć hosta na Couchsurfingu. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w Prelogu i ach, co to była za zmiana w stosunku do Węgier! Byliśmy zachwyceni, Łukasz swoim kotletem (mięsożerca), a ja kalmarami. Zero na wpół surowych składników, sałatki niepływające w majonezie, nie trzeba ze wszystkiego odsączać tłuszczu chusteczką. Bye, bye Hungary 🙂 A w dodatku lokalne piwo Ožujsko. Chorwaci znają się na rzeczy!

Kalmary w restauracji w Prelogu, Chorwacja

Tuż za Prelogiem nasza droga prowadziła wzdłuż całkiem sporego jeziorka, o krystalicznie czystej wodzie. W dodatku zupełnie opuszczonego. Zero infrastruktury, barów nad jeziorem, może jedna szkółka żeglarska. Cisza i spokój. Ale w sumie co się dziwić. Chorwaci nie ekscytują się tak jeziorkami, bo mają kawał Adriatyku tylko dla siebie (i setek tysięcy turystów :). Gdyby tu byli Węgrzy, jezioro za chwilę stało by się drugim Balatonem, a miejscowość – Siofokiem. Jestem pewna!

Jeziorko za miejscowością Prelog w ChorwacjiByłam ciągle pod wpływem ekscytacji związanej z przekroczeniem granicy i piękną Chorwacją, drogami, które prowadziły wzdłuż pól kukurydzy i łąk. W oddali majaczyły się góry, asfalt był w doskonałym stanie i nigdzie nie spotkały nas znaki zakazu dla rowerzystów. Super. Niestety w tej całej euforii zbyt późno zauważyłam, że zaczęliśmy się zbliżać na niebezpieczny dystans do wzgórza. Z bardzo stromym podjazdem. Łukasz twierdził, że nie ma innej drogi i musimy jechać tędy, żeby trafić do naszego „gospodarza” na noc. No cóż, trochę podjazdu pod górkę jeszcze nikomu nie zaszkodziło, ale co to była za stromizna! Na zboczach wzgórza Chorwaci mieli swoje małe winnice, a przy nich domki przystosowane tylko do tego, by zapraszać tam znajomych na wino i dobrze się bawić. Zaczęło się robić ciemno, a ja byłam już tak zmęczona, że z utęsknieniem patrzyłam na zasiadających do wspólnego stołu biesiadników, którzy nie musieli targać swoich 20 kilogramów pod górę siłą mięśni.

Załamka na drodze

Chwilę później zaczął padać deszcz, który nagle zmienił się w totalną ulewę. Na wzgórzu zapadła ciemność, a droga ciągle pięła się w górę. Mamy dobre latarki, może aż za dobre, bo na drodze zauważyłam makabrycznego stwora, który wyglądał jak szczur, tyle że rozmiarów dużego kota. Panika! Jeżeli takie monstra łypią na mnie właśnie z otaczających drogę zarośli to chcę stąd uciec jak najszybciej. Co nie było takie proste, bo zgubił nas GPS i musieliśmy cofnąć się spory kawałek drogi.

Gdy dotarliśmy wreszcie do Ljubešćicy, byliśmy już na wskroś przemoknięci i zmarznięci. Ale jak ciepłe czekało nas powitanie ze strony Marko! Dostaliśmy kapciuszki na nogi, świeżą pościel i suszarkę do rozwieszenia ubrań! Zostaliśmy poczęstowani pysznym chorwackim winem i rozgościliśmy się w przytulnym drewnianym domku Marko.

IMG_2497

Domek wyglądał super minimalistycznie. Urzekł nas drewniany sufit podtrzymywany na balach, stare drewniane drzwi i prostota w urządzaniu wnętrza. Marko powiedział, że chciał zachować jak najwięcej ze starego domu i dodać tylko kilka podstawowych mebli i sprzętów, jednak utrzymanych w rustykalnym klimacie. Całość prezentowała się świetnie i na pewno gdy będziemy mieli nasz upragniony domek gdzieś na wsi pod Puszczą Białowieską, urządzimy go podobnie 🙂

Rozmawialiśmy z Marko do późnej nocy, między innymi o minimalizmie. Przyznaliśmy, że dopiero teraz, po miesiącu naszej wyprawy, zdajemy sobie sprawę, że wzięliśmy zdecydowanie za dużo rzeczy. Po cholerę mi na przykład 20 różnych koszulek? I tak co 2 tygodnie robimy pranie, więc pewnie połowy z nich nawet nie założyłam. Chyba sama myśl o tym, że spędzimy w podróży trzy miesiące sprawiła, że jak szaleni zaczęliśmy pakować do sakw wszystko, co tylko znaleźliśmy w szafie. Marko przyznał się, że niedawno popełnił ten sam błąd. Wybrał się ze znajomymi na wyprawę po górach na tydzień. Jego plecak ważył 30 kilogramów. Wow, przesadził jeszcze bardziej niż my.

Ja mam jedną minimalistyczną zasadę na wyprawie – zero szopingu. Jeżeli muszę coś kupić, to oznacza, że coś innego muszę wyrzucić z sakwy. Trzyma mnie to w ryzach i odciąga skutecznie od nowości na witrynach sklepów odzieżowych. Jest niestety jeden wyjątek od tej reguły, a jakże. Książki! Nałóg, którego nie potrafię porzucić nawet teraz. Teraz wiozę już dwie, ważą pewnie ze 4 kilogramy i nie potrafię wyrzucić żadnej, nawet jeśli byłyby już przeczytane. Z gazetami jest dużo prostsza sprawa – czytam je po 2 strony z przodu, 2 strony z tyłu i wyrzucam po kawałku, aż pozbędę się całej gazety. Czytałam o podróżnikach, którzy to samo robili z książkami. Pokazała to też bohaterka grana przez Reese Witherspoon w filmie „Wild” i zraziła mnie do siebie. Wyrzucać książki? To barbarzyństwo! Dlatego spokojnie przyjmuję na barki (albo raczej na uda) te dodatkowe kilka kilogramów ciężaru i jadę dalej…

Ania Charytoniuk (wpisy: 65)

Kocham podróże, nowe smaki i gry planszowe. Ostatnio przekonałam się do wypraw rowerowych i slow travel. W wolnych chwilach czytam kilka książek naraz, uczę się hiszpańskiego i portugalskiego i oprowadzam Couchsurferów po warszawskiej Pradze.


  • czuję, że do książek, które chcę przeczytać w Nowym Roku dołożę Twojego bloga! 🙂

    Ta rowerowa wyprawa mnie mocno wkręciła 🙂

    • Kasiu, bardzo mi miło 🙂 Jeszcze w tym tygodniu na blogu pojawi się wpis o tym, jak przygotować się do wyprawy rowerowej, może Cię to zachęci do zaplanowania własnej – przynajmniej małej na rozgrzewkę? 🙂


x
Korzystanie z Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie. Niektóre z nich mogą być zapisane w przeglądarce na Twoim komputerze. Więcej informacji w naszej Polityce w sprawie Cookies.
Śledź nasze wpisy na FacebookuZapisz się na nasz NewsletterSubskrybuj nasz kanał RSS